niedziela, 29 listopada 2015

Przepraszam!

Na początku chce was przeprosić setki miliony razy, bo zawiodłam po całej linii.
Obiecałam, wam wiele razy, że dokończę to opowiadanie i naprawdę chciałam. Chciałam to zrobić dla tych którzy zostali tutaj ze mną, to was najbardziej przepraszam. Nie chciałam was zawieść, ale od kilku miesięcy ta historia zaczęła na mnie ciążyć. Wiem, że zawiodłam i przepraszam, ale nie jestem w stanie jej dokończyć. Nie tylko dlatego, że straciłam co do tego opowiadania wenę, ale też dla tego, że ta historia od początku była pewną cząstką mojego życia. Zaczęłam pisać to opowiadanie, bo to była tak jakby terapia dla mnie. Nie będę was w to wtajemniczać, bo jest to niepotrzebne, ale te kilka ostatnich miesięcy było dla mnie szczególnie ciężkich. Do tego dochodzi to, że jestem w trzeciej klasie gimnazjum i praktycznie na nic nie mam czasu. Zbliżają się testy gimnazjalne i bierzmowanie.  Mój dzień wygląda tak, że wstaję o szóstej, idę do szkoły i wracam do domu po osiemnastej. Wiem, że spieprzyłam i przepraszam kolejny raz, ale naprawdę nie jestem w stanie się do tego zmusić, bo i tak już to robiłam. Przez te ostanie kilka rozdziałów praktycznie zmuszałam się do napisania czegokolwiek, co po za tym i tak nie wychodziło. Moja praca stała się gówniana, zresztą za to chyba mogę winić jedynie brak talentu. Uwierzcie mi, że decyzja o napisaniu tego posta nie była łatwa. Odkładałam ją bardzo długo, zastanawiając się nad "porzuceniem" tego opowiadania. Za każdym razem, kiedy zabierałam się do napisania tego posta, czytałam od początku całą historię, myśląc, że jednak może uda mi się odnaleźć choć trochę weny na napisanie rozdziału, ale niestety nie znalazłam. Po raz kolejny przepraszam i za razem dziękuję. Należą się wam ogromne podziękowania za to, że to czytaliście, za to, że komentowaliście, za to, że po prostu tu byliście. Chce dodać, że nie kończę swojej przygody z pisaniem nadal będziecie mogli mnie znaleźć tutaj http://destiny-larry-stylinson-fanfiction.blogspot.com/, może za jakiś czas wyskoczę z czymś nowym. Wiem co za ironia, bo przestaję pisać tu, ale będę dodawać coś innego, ale tak jak pisałam nie chodzi tu o brak czasu, czy też nawet wenę. Tak jak wspominałam, nie kończę z pisaniem, po prostu żegnam się z ą historią. Robię to naprawdę z ciężkim sercem, bo przyzwyczaiłam się do bohaterów, przyzwyczaiłam się do całego opowiadania, ale decyzja zapadła. Cóż, nie jestem taka wredna(wiem jetem) i  nie zostawiam was z niepewnością co do losu głównych bohaterów. Louis i Harry się zejdą. Miało tak być od początku tworzenia tego opowiadania. W między czasie miały być kłótnie, obojętność, ból, rozczarowanie ale jak to mówią "miłość zawsze odnajdzie do siebie drogę". Oni bynajmniej odnaleźli i skończyli jako małżeństwo. Mam do was prośbę: napiszcie jakie momenty z tamtej,m czy tej części były dla was najlepsze, co doprowadziło was do śmiechu, a na czym płakaliście. Chce wiedzieć co się wam najbardziej podobało w tym opowiadaniu.

Więc tak...

Jeszcze raz tak cholernie bardzo was wszystkich przepraszam, ale moja przygoda z tym opowiadaniem właśnie dobiegła końca.

Kocham was za wszystko co zrobiliście dla mnie i dla tego opowiadania xx

Wasza Alexxx






wtorek, 29 września 2015

Rozdział Jedenasty





Krzywię się, po raz kolejny słysząc dzwonek mojego telefonu. Sięgam do kieszeni, wyciągając go, chociaż dokładnie wiem kogo imię widnieję na wyświetlaczu.
- Odbierzesz w końcu? - podnoszę wzrok na Louisa, którego wcześniej nie zauważyłem. Szatyn siedzi kilka metrów ode mnie, obserwując dzieciaki, które siedziały przy ognisku.Wzruszam ramionami z zamieram schowania komórki  w poprzednie miejsce, ale zatrzymuję mnie jego cichy głos - Ta melodia naprawdę zaczyna mnie powoli wkurw...wkurzać.- poprawia się, rozglądając na boki, a kiedy upewnia się, że w pobliżu nie ma żadnego dziecka lub innego opiekuna, wraca spojrzeniem do mnie. Podnoszę brwi, rozłączając połączenie i przy okazji wyciszam telefon, chowając go z powrotem do kieszeni.  Przełykam gulę w gardle, przyglądając się jego twarzy, oświetlonej przez światło księżyca. Zaciska szczękę na której widnieję kilkudniowy zarost, a jego wyraz twarzy pozostaje cały czas obojętny. Katem oka widzę jak odchyla głowę w tył, wpatrując się w niebo. - Ładny mamy wieczór, nie? - moje ciało przebiega dreszcz na ton jego głosu.  Otrząsam się i kieruję wzrok na gwiazdy. - Zapomniałeś jak się mówi, czy co? - jego głos ocieka kpiną. Wypuszczam z siebie ciężki oddech i obracam głowę w jego stronę, zauważając, że chowa dłonie do kieszeni bluzy. Prycham w myśli nie mogąc uwierzyć, że chłopak, który jeszcze nie tak dawno temu płakał na moim ramieniu, wyznając iż tęsknił, teraz jest wobec mnie totalnie oziębły. Cóż, ostatnie dwa dni były dość ciekawe. Zaczynając od Louisa, który zaczął zachowywać się jak dupek, kończąc na Louisie, który zamienia się w jeszcze gorszego dupka. Podnoszę się, strzepując przelotnie piasek z spodenek i ruszam w kierunku ogniska.
- Przepraszam, ale teraz zastosuję się do twojej  taktyki i ucieknę od kłopotliwej sytuacji bez jakichkolwiek wyjaśnień - parskam. I nie, nikt nie musi wiedzieć, że każde jego słowo bolało mnie jak cholera. Nikt nie musi wiedzieć, że czuję się jak gówno, przez chłopaka, dla którego nie tak dawno temu niby coś znaczyłem. Kręcę zrezygnowany głową i robię krok w przód.
-Nigdy nie sądziłem, że to powiem, ale jesteś takim pieprzonym egoistą Harry! - słyszę i momentalnie obracam się całym ciałem do szatyna, który zdążył już wstać.
- Co proszę? - mówię, gromiąc go wzrokiem. - Co powiedziałeś? - syczę, podchodząc bliżej. Jego twarz wyraża zawahanie i po raz pierwszy widzę na jego twarzy jakiekolwiek emocje od tych dwóch dni, ale tak szybko jak się ono pojawia, tak szybko znika.
- Słyszałeś! -mówi trochę głośniej i obraca wzrok w stronę palącego się ogniska. Zaskoczony cofam się w tył, czując się tak jakby ktoś właśnie z całej siły dał mi z liści w twarz. Zagryzam wargę, próbując przeskanować w głowie słowa Louisa. Bo co do cholery?! Po między nami zapada cisza, przerywana okrzykami radości dzieciaków z daleka.
- Jestem egoistą, tak? - pytam, parskając gorzko. - Bo to przecież ja wyje...
- I wiesz, to jest właśnie to! - przerywa mi, machając ręką. - Myślisz, że jesteś jedyną osobą, która na tym ucierpiała?! - warczy i robi krok w przód. -  Czy pomyślałeś chociaż raz o mojej sytuacji?- jego głos się załamuję. Otwieram usta, aby mu odpowiedzieć, ale przerywami jego stanowczy głos. - Czy chociaż raz pomyślałeś, że mnie to też dotk...
- Jaki z ciebie pieprzony hipokryta. - prycham z dezaprobatą, rzucając mu zimne spojrzenie. - Sam podjąłeś tę decyzję i okej już to mówiłem, ale powtórzę jeszcze raz... - mówię, odchylając głowę w tył. - Nigdy Cię za to winiłem, nigdy nie chodziło o to. Miałeś rodzinę Louis i kurwa byłem naiwnym gówniarzem i tak naprawdę jedyną osobą na którą powinienem być zły, jestem ja sam, bo dopuściłem do tego całego gówna, ale..
- Czyli to czym byliśmy,  nigdy nic dla Ciebie nie znaczyło? - wybucha, kurcząc się pod moim spojrzeniem.
- A czym my tak właściwie byliśmy Louis? - mamroczę, rozkładając ręce na boki w geście poddania. Mogę dostrzec zranienie na jego twarzy, ale to mnie nie powstrzymuje. Nie po tych dwóch dniach, kiedy zachowywał się, tak jakbym, to ja był winny całej tej sytuacji. A teraz skoro chciał rozmowy, będzie ją miał. Nie ważne ile bólu i niepotrzebnych wspomnień  nam przyniesie. Czas to doprowadzić do końca. Spuszczam wzrok, aby nabrać odwagi i biorę głęboki wdech. Teraz. No dalej. Nie wycofuj się. Po prostu mów.  - Chciałbym z tobą normalnie porozmawiać...  - szepczę, podnosząc głowę i patrząc w jego lazurowe tęczówki, oświetlone przez blask księżyca. Wzdrygam się kiedy zimny wiatr muska moją skórę. Obejmuję się rękoma, patrząc na szatyna, który otwiera ust, aby coś powiedzieć, ale odzywam się zanim z jego ust wypada pierwsze słowo. - Jeszcze sam nie dawno temu mówiłem, że powinniśmy zachowywać się jak dorośli, ale z każdym naszym spotkaniem, okazuję się, że nie ważne jak bardzo byśmy tego chcieli, to się nam nie uda, a wiesz czemu? - pytam, ale nie oczekuję odpowiedzi. Pociągam nosem. - Nie uda się to nam, bo widzimy całą tą sytuację z dwóch różnych stron. - przełykam ciężko ślinę, patrząc w dal na roześmiane dzieciaki. - Mamy dwie różne wersję, a wiesz jaka jest moja? - parskam i krzyżuję nasze spojrzenia. Tak bardzo jak wiem, że go to zaboli... - Wychujałeś mnie w każdy możliwy sposób Louis! Zjawiłeś się w moim życiu, namieszałeś, złożyłeś kilka bezsensownych obietnic, powiedziałeś, że mnie kurwa kochasz, kiedy mnie pieprzyłeś, a później wyjechałeś, bez jakiegokolwiek słowa. -...tak bardzo czuję, jak chora satysfakcja ogarnia mój umysł. Kręcę głową i kładę swoje dłonie na karku, unikając jego spojrzenia. - A teraz znowu się zjawiasz, a kiedy już myślę, że to nasze ostatnie spotkanie, następuję wielkie BUM... - rozstawiam ostrym machnięciem ręce na boki, gestykulując. -...i znowu się pojawiasz, mieszając w moim pieprzonym życiu na nowo! - wyrzucam z siebie to wszystko i następuję chwila cisza, przerywana moim ciężkim oddechem.
- Ja mieszam w twoim życiu? - pyta, mrużąc oczy. Czuję jak mój żołądek się kurczy, ale nie zważam na to i po prostu kiwam potwierdzająco głową. - Może mi jeszcze zarzucisz, że wcale ostatnio nie byłeś chętny i Cię zgwałciłem, co?! - otwieram oczy w szoku, kiedy ostre słowa wychodzą z jego ust, pozostawiając mnie w totalnym osłupieniu.  

On nie...on tego nie powiedział... 

Patrzę jak przykłada sobie zaszokowany do ust dłoń, tak jakby nie mogąc uwierzyć, że te słowa opuściły jego usta.
- Har...
- Pierdol się - syczę, robiąc krok w tył, kręcąc w niedowierzaniu głową. Moja warga zaczyna niebezpiecznie drgać, ale zaciskam szczękę, nie chcąc dać mu patrzeć na moje załamanie. - Nie wiem jak mogłem być tak głupi i naiwny, myśląc, że kiedykolwiek Ci na mnie zależało. - wypuszczam z siebie suche parsknięcie. - Nie wiem jak mogłem być tak głupi, myśląc, że jednak nawet teraz coś dla Ciebie jednak znaczę...- ostatnie słowa, mówię przyciszonym tonem, próbując odgonić łzy. 
- Znaczysz - słysz i moja głowa momentalnie kręci na boki w zaprzeczeniu.
- Pokazałeś to przez zostawienie mnie, bez żadnego słowa. Udowodniłeś jak bardzo Ci na mnie zależy, traktując mnie przez te ostatnie dwa dni, jak najgorszego śmiecia! - pozwalam, aby samotna łza, spłynęła po moim policzku. - Nie chce Cię znać Louis...po pros...zostaw mnie! - warczę przez łzy, kiedy wyciąga w moją stronę dłoń, ale cofa ją jak oparzony, na moje słowa. - Zostaw. - szepczę, obracając się w stronę ogniska i ruszam w tamtym kierunku. Ocieram ślad po łzie. Nie płacze, co nie oznacza, że to nie boli. Boli. Czuję się tak jakby ktoś wydarł moją duszę, a najgorsze jest to, że tym kimś jest Louis. Chłopak, który obiecał, że nigdy mnie nie zrani. Podchodzę do zgromadzenia dzieciaków i szybko znajduję się koło Lux. Całuję ją w czoło i patrzę na panią Moore,która siedzi z pozostałą dwójką opiekunów.
- Wszystko w porządku? - pyta. Kiwam głową.
- Miałaby pani coś przeciwko, gdybym poszedł się przejść?

 *****

Czuję pieczenie na skórze dłoni, ale mimo to nie patrzę na nią. Nie to, żebym w tej ciemności  cokolwiek zobaczył. Mój wzrok ląduję na wygaszonym ognisk z którego unosi się smuga dymu. Obracam wzrok i kieruję się w stronę budynku w którym nocowaliśmy. Prawą ręką, wyciągam klucz do pokoju z lewej kieszeni spodni oraz telefon. Przekładam klucze do wolnej ręki, dotykając przez przypadek rozdrażnionej skóry na lewej pięści i momentalnie z moich ust wydobywa się cichy syk. Ignoruję palące uczucie w tamtym miejscu i odblokowuję telefon patrząc na godzinę. 

 20.31

Przeklinam na myśl o tym, że reszta pewnie jeszcze nie śpi. On nie śpi. Wchodzę po schodkach i ustawiam się koło szklanych drzwi, patrząc do środka. Po recepcji kręci się kilku pracowników. Popycham drzwi zdrową rękę, próbując ostrożnie opuścić rękaw na zakrwawioną dłoń. Szybkim krokiem kieruję się w stronę schodów, uśmiechając się sztucznie do recepcjonistki
- Harry? - cholera! Zatrzymuję się, obracając w kierunku Ali. Dziewczyna pochodzi do mnie z uśmiechem wymalowanym na twarzy.
- Wróciliście już? - pytam, jeszcze bardziej naciągając rękaw na dłoń,przez co na mojej twarzy pojawia się grymas. - Nikogo nie było przy ognisku, przeprasz...
- Nie. Nie. Przenieśliśmy się po prostu na tyły...- oznajmia radośnie, ale jej mina szybko rzednie, kiedy jej wzrok lądują na czymś u dołu. - Jesteś ranny? - robi kila kroków w moim kierunku i niepewnie chwyta za mój lewy nadgarstek podnosząc go na wysokość moich bioder. Przeklinam w myślach, widząc jak szara bluza, teraz miała czerwoną plamę. 
- To tylko stłuczenie, wywróciłem się...- wyjaśniam, a ona ostrożnie podwija zaplamiony materiał.
- Stłuczenie? To wygląda jakbyś bił się z drzewem...- parska sucho i och nie chciałaby wiedzieć, jak bliskie jest to prawdy. 


~*~ 

Jestem wam winna kolejne przeprosiny. Także przepraszam i mam nadzieję, że rozdział się wam spodoba. Pamiętajcie kocham was, przepraszam za błędy i do następnego!

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Rozdział Dziesiąty




Dźwięk jakieś piosenki, której nie znałem rozbrzmiał w samochodzie, gdy przycisnąłem guziczek radia, aby przełączyć się na inną stację. Podwijam lekko rękawy, swojej czerwono-czarnej koszuli w kratę i obracam głowę, tak, aby spojrzeć na tylne siedzenia. Uśmiecham się, widząc Lux, która rysuję palcem abstrakcyjne wzory na szybie.
- No to jak mała, gotowa na wycieczkę? - gdy tylko dokańczam, czuję uderzenie w ramię i wracam na swoje miejsce.
- Nie obracaj się, muszę się skupić na drodze- patrzę na Lou, która próbuję przybrać poważny wyraz twarzy, ale zdarzają ją kąciki warg, które unoszą się w górę.
- Wujku, chce mi się spać - słyszę zaspany głosik z tyłu i zaciskam wargi, aby się nie roześmiać.
- Nie zasypiaj teraz, wyśpisz się w autokarze, okej?- mówię i w lusterku widzę jak lekko kiwa głową.
- O ile nie będzie turbulencji. - parskam śmiechem wraz z Lou i obracam się w stronę Lux, która wyciąga w moją stronę swoją  malutką dłoń. Chwytam ją i przez chwilę pocieram kciukiem, gładką skórę po czym, puszczam ją i usadawiam się wygodnie na swoim siedzeniu.
- Dziękuję, że się zgodziłeś...- przenoszę wzrok na Lou, która przeucza bieg. - Ratujesz mi życie..- kiwam głową, ziewając.
- Wiesz, że to dla mnie nie problem, lubię dzieci...- odpieram, przykładając głowę do szyi.- Tylko błagam podlewaj moje kwiatki, ostatnim razem, gdy zostawiłem je z Austinem, nie miałem do czego wracać. - mamroczę, a na moich ustach pojawia się lekki uśmiech. Lou, chichocze cicho.
- Obiecuję, że spełnię swoją rolę jak najlepiej. - odpowiada wciąż chichocząc, skręcając w lewo. Naciskam na przycisk koło klamki, aby szyba, trochę opadła, wpuszczając do środka świeże powietrze. - Harry? - jej ton głosu zmienia się na poważny. Odwracam głowę w jej stronę, napotykając zmartwione spojrzenie.
- Tak?
- Po prostu...uh minęło półtorej miesiąca od tamtej sprawy i...- przerywa, ale ja wiem o co chce zapytać. Wzdycham, wzruszając ramionami. Sprawa skończyła się przychylnością do naszego wniosku, co nie oznaczało, że wygrywam. Nadal czekała mnie jeszcze jedna rozprawa, która miała przesądzić o wyniku.
- Ma odbyć się za miesiąc, dali czas mojej ciotce...- przez moje ciało przechodzi dreszcz, gdy wymawiam to słowo. - ...na znalezienie nowego prawnika. - dokańczam i widzę, że wjeżdżamy na parking szkolny, gdzie panuję ciemność i tylko kilka latarni oświetla plac, na którym widzę sylwetki ludzi. - To ile ma być tych opiekunów? - dopytuję się, gdy widzę coraz więcej sylwetek dzieciaków, koło bramy i okej, to trochę przerażające.
- Kogo to obchodzi, będzie fajnie. - słyszę głos Lux, która odchyla głowę do tyłu z zamkniętymi oczami. Śmieję się cicho, widząc, że ledwo kontaktuję.
-  Dwóch nauczycieli i trzech rodziców ..znaczy dwóch rodziców, i wujek...- słyszę, kiedy Lou, próbuję zaparkować i w pierwszym momencie nie jestem w stanie pojąć, o co jej chodzi, ale zaraz przypominam sobie o swoim pytaniu.
- A dzieciaków?
- Trzydzieści-sześć. - z moich ust wypada ciche oh, co nie umyka uwadze Lou. No bo przepraszam bardzo, ale mam prawo się bać. Te dzieciaki, będą pod moją opieką. - Spokojnie, dasz sobie radę. Są też inni opiekunowie, nie będziesz przecież sam! - z jej ust wypada cichy śmiech, a ja próbuję się rozluźnić. Gdy tylko Lou parkuję, odwraca się do Lux z uśmiechem.
- No to jak moja panno, gotowa!? - pyta, a Lux wyrzuca ręce w górę z zmęczonym okrzykiem zawsze. Wybucham śmiechem i otwieram ostrożnie drzwiczki, aby nie uderzyć nimi w samochód obok. Kieruję się do bagażnika, kiedy Lou, otwiera drzwi małej. Wyjmuję  swoją czarną torbę i małą błękitną walizkę na kółkach, która należy do Lux. Stoję przez chwilę, czekają, aż Louise, zamknie samochód i po chwili we trójkę ruszamy do zgromadzenia.
-Wujku? - słyszę koło siebie i patrzę w dół, gdzie Lux, ciągnie za sobą swoją walizkę.- Weźmiesz mnie na ręce! - uśmiecha się szeroko, pokazując swoje zęby, ale widzę w jej oczach, że ledwo może ustać na nogi. Kiwam głową, parskając pod nosem, na co zostawia swoją walizkę i wyciąga rączki w moim kierunku.
- Harry ni... - uciszam Louise gestem ręki i chwytam Lux podnoszę ją w górę na co oplata mnie nogami w tali, chowają swoją twarz w moją szuję. Poprawiam ją sobie, a ona kurczowa chwyta się mojej szyi.
- Jesteś najlepszym wujkiem na świecie...- bełkocze w moją szyję, a ja wzdrygam się na ciepły oddech w tym miejscu. Obracam głowę, całując ją lekko we włosy, po czym podnoszę wzrok, natrafiając na czułe spojrzenie, które wysyła nam Lou.
- Wziąć twoją torbę? - pyta, a ja przecząco kręcę głową.
- Dam sobie radę. - odpowiadam, kiedy jakaś kobieta mija nas z synkiem, idąc w stronę zgromadzonego tłumu. - Powinniśmy iść. - Lou kiwa głową i chwyta rączkę walizki, idąc przodem. Ostrożnie kieruję się za nią uważając, aby się o coś nie potknąć.
- Musimy znaleźć resztę opiekunów. - mówi, kiedy staję wmieszana między zaspane dzieciaki i ich rodziców rozglądając się niepewnie po tłumie.
- Wiesz chociaż, jak wyglądają? - żartuję, ale ona odwraca się do mnie z oburzoną miną.
- Moja córka chodzi tu do szkoły. Oczywiście, że  wiem, jak wyglądają jej nauczyciele! - kładzie prawą dłoń na biodrze. Posyłam jej zmęczony uśmiech. - Po prostu jest cie...- przerywa, pokazując palcem, na coś za mną. - Tam są.
- Wiesz, że nie ładnie, tak pokazywać palcem. - wypominam jej na co napełnia buzię powietrzem.
- Tak mamo, wujek ma racje, przecież sama mnie tego uczyłaś...- Lux mruczy w moją szyję. Śmieję się pod nosem, poprawiając ją sobie na biodrze. Patrzę na Louise, która do nas podchodzi. Wystawia wskazujący palec, kierując go na moje czoło. Robię zeza, chcąc wiedzieć co zamierza, ale ona tylko go lekko dotyka.
- Nie bądź taki cwany braciszku... - mówi, uśmiechając się zadziornie. -...i pamiętaj o swojej roli, bo inaczej spadniesz w rankingu na najlepszego wujka. - dokańcza poważnie, ale zaraz oboje parskamy śmiechem.
- To się cholera ni...
- Wrzucasz mi funciaka do słoika, za brzydkie słowo...- Lux wtrąca się, a ja zaciskam wargi, kiedy słyszę jej cichy chichot.
- Powinnaś wiedzieć, że jestem kiepskim aktorem...- ignoruję wypowiedź młodej i zwracam się do Lou.
- To nieróżni się w niczym od kłamania...po protu improwi...- przerywa, robiąc dziwną minę. Marszczę brwi, nie wiedząc o co jej chodzi.
- Widzę, że ostatni opiekun już dotarł...- otwieram usta w zaskoczeniu, na co Louise, niezauważalnie ociera się swoim łokciem o moje ramię, witając się z kobietą. Zamykam szybko usta, odwracając się. Blask latarni, daję oświetlenie na twarz, kobiety o młodej twarzy..
- Dobry wieczór, pani Moore. - Lux odrywa się od mojej szyi, obracając lekko główkę w stronę kobiety. Uśmiecha się lekko, co kobieta odwzajemnia z cichym śmiechem.
- Raczej, dzień dobry...- mówi czule, na co Lux znowu zatapia swoją twarzyczkę w mojej szyi.
- Może być. - odpowiada markotnie, na co nasza trójka odpowiada cichym chichotem.
- Pan je...
- Ach, tak. Przepraszam...- mówię rumieniąc się, ale nikt tego nie zauważy w ciemności, na co dziękuję Bogu. - Harry Styles...- przedstawiam się, wyciągając dłoń na przywitanie. Kobieta nadal się uśmiecha, ale marszczy nos, kiedy ją ściska. Oho, co się dzieję? Kątem oka, patrzę na Lou, która zaciska szczękę.
- Myślałam, że jesteście rodzeństwem?- cholera, cholera, cholera, cholera.
- Bo jesteśmy, po prostu mamy dwóch różnych ojców. - wypalam, pierwszą myśl, która przychodzi mi do głowy i chyba jest trafna, bo na twarzy kobiety, pojawia się ulga. Patrzę gdzieś za nią, gdzie stoi reszta opiekunów, ale nie jestem wstanie dojrzeć ich twarzy. Lekki podmuch wiatru, ociera się o moją skórę.
- Jestem wdzięczna, za to, że zgodził pan się zastąpić swoją siostrę. Mielibyśmy problem, gdybyśmy musieli załatwić kogoś w ostatniej chwili...- kiwam głową, podrzucając lekko na swoim biodrze Lux.
- Spokojnie, to dla mnie przyjemność...- odpowiadam, posyłając kobiecie lekki uśmiech.
- Za dziesięć minut będziemy wsiadać do autokaru, zostawiam was, ale byłabym wdzięczna, gdybyś zaraz do nas dołączył. - kobieta odwraca głowę w stronę reszty opiekunów, a ja kiwam głową.
- Och, tak jasne...- odpieram, na co cofa się, żegnając z Lou. Kiedy odchodzi, słyszę ciche westchnienie.
- Naprawdę jesteś kiepskim aktorem! Nawet nie zacząłeś grać, a już praktycznie zawaliłeś. - słyszę i odwracam się w stronę Louise. Przewracam oczami.
- Nie moja wina okej? Zaskoczyła mnie! - mówię, wykrzywiając wargi w grymasie, na co Lou podnosi brwi, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
- Cieszę się, że tam jedziesz. - jej twarz łagodnieje, kiedy przekręca głowę w bok. - Ostatnio było trochę zaplątanych sytuacji i postaraj się o nich nie myśleć...- mówi, spuszczając głowę. Zagryzam wargę, rysując palcem wzory na plecach Lux.
- Moje życie to rollercoaster, oczywiście, że jest poplątane. - parskam, a Lou podnosi głowę, wykrzywiając usta w lekkim uśmiechu.
- Może czas wyrównać tor. - odpowiada, zapinając bluzę. Przejeżdżam koniuszkiem języka po spowszechniałych wargach. - Potraktuj ten wyjazd jak wakacje, okej? - pyta.
- Nie musisz się o mnie martwić. - mruczę, wzdrygając się, kiedy Lux zaczyna bawić się kosmykami moich włosów. Louise uśmiecha się smutno. Zaciskam szczękę.
- Wiem...- szepczę, podchodząc bliżej. - Daj mi Lux i idź zapoznać się z resztą opiekunów...- mówi, wyciągając ręce w stronę młodej. - Lux, chodź...- mała puszcza moją szyję i przenosi się na Lou.
- Gdzie idziesz wujku? - pyta, aby po sekundzie wypuścić ze swoich ust ziewnięcie.
- Zaraz wrócę, spotkamy się koło autokaru. - poprawiam rączkę czarnej torby na swoim ramieniu  i odwracam się kierunku pięciu sylwetek, stojących koło schodów, prowadzących do głównego wejścia szkoły. Ruszam powolnym krokiem w tamtą stronę, omijając po drodze kilku rodziców z dzieciakami. Gdy zbliżam się do celu podnoszę wzrok i och, co do kurwy! Zatrzymuję się, czując napływające zdenerwowanie i przygryzam policzek od środka, ustatkowując swoje spojrzenie na osobie o lazurowych tęczówkach, która nie wygląda na jakoś bardzo zaskoczoną. Mimo to,gdy nasze spojrzenia się krzyżują, spuszcza głowę.
- Um...witam - mruczę, bo cholera, to są chyba jakieś żarty. Zamykam oczy, żeby zaraz je otworzyć i czuję ukucie rozczarowania,że widok przede mną nie okazał się snem. Przełykam ciężko ślinę. Tak, będzie fajnie ,bardzo fajnie. Przenoszę wzrok na uśmiechającą się kobietę z którą rozmawiałem wcześniej.
- Ooo właśnie, to nasz kolejny opiekun. Harry Styles - patrzę na dół, kiedy mnie przedstawia, a po chwili wiem, że brunetka o ciemnej karnacji , stojąca koło pani Moore, ma na imię Ali. Po jej prawej stronie stoi mężczyzna około trzydziestu lat, który zwie się David.  Kiedy pani Moore zabiera się za przedstawienia ostatniego opiekuna, odchrząkuję.
- My się już znamy. - Louis podnosi wzrok na moje słowa. Obracam głowę w inną stronę i kątem oka dostrzegam jak naciągana na swoje włosy kaptur. Zapowiada się ciekawie

 ~*~

Przepraszam, przepraszam, przepraszam i jeszcze raz przepraszam. Wiem, że dawno mnie nie było i jeśli nie czytaliście jeszcze moich wyjaśnień, to zapraszam na notkę niżej. Przepraszam, że rozdział taki krótki, ale obiecuję, że następny będzie dłuższy. Wiecie, że was kocham i naprawdę mi przykro, że musieliście tyle czekać. Także przepraszam za wszelkie błędy i do następnego.

piątek, 21 sierpnia 2015

Przeprosiny

Na początku chce przeprosić. Wiem, że rozdział się długo nie pojawiał i obiecuję, że w następnych dniach to odrobię. Należą wam się wyjaśnienia. Chodzi o to, że myślałam, że w wakacje będę miała więcej czasu na pisanie, ale tak wcale nie jest, do tego w ostatnim czasie dużo się działo w moim życiu, było kilka zdarzeń, które nie najlepiej się na mnie odbiły i no cóż straciłam ochotę na cokolwiek. Nie będę ukrywać też drugiego powodu. Straciłam wenę co do tego opowiadania i naprawdę siłą zmuszam się, aby cokolwiek napisać, ale żeby napisać dobry rozdział, potrzebny jest pomysł. Chce was za to przeprosić, bo zawiodłam was i obiecuję, poprawę. Nie zostawię tego opowiadania niedokończonego, to wam mogę przyrzec. Po prostu rozdziały będą pojawiały się w różnych odstępach czasowych, bo od września będę w trzeciej gimnazjum, co wiążę się z tym, że będę musiała wziąć się jeszcze lepiej za naukę. Dochodzi bierzmowanie i nie wiem spróbuję publikować rozdziały co dwa tygodnie w soboty, ale nic nie obiecuję. Naprawdę jest mi przykro, że doszło do tego, że musicie tyle czekać, ale mam nadzieję, że zrozumiecie. Pamiętajcie, dokończę to opowiadanie, nawet gdybym musiała się do tego zmusić. Jeszcze raz przepraszam za wszystko i kocham was xx

Wasza Alexxx

czwartek, 16 lipca 2015

Rozdział Dziewiąty


"Nie tracę wiary i tobie też nie pozwolę jej stracić..."

- Proszę wezwać  Louisa Tomlinson'a. - po sali rozchodzi się głos sędzi, a ja mimowolnie podnoszę wzrok, rozglądając się dookoła. Zatrzymuję swoje spojrzenie na brązowych drzwiach w których, po chwili pojawia się drobna postać w zwykłej białej koszulce na którą była narzucona czarna marynarka z podwiniętymi rękawami. Były psycholog, no tak. Prycham w myślach, patrząc na mężczyznę w szacie, który siedzi kilka metrów dalej, na przeciwko mnie. Łapią się każdej możliwości. Przełykam głośno ślinę, obojętnie spuszczając wzrok na brązowe drewniane biurko.
- Proszę się przedstawić... - odlatuję, a może mi się tak wydaję. Głos Louisa, jest spokojny, przynosi ukojenie i pomaga się zrelaksować. Zawsze tak działał. Wszystko dociera do mnie jak przez mgłę. Ogarnia mnie pustka. Szczerze mówiąc, nienawidziłem jej. To był taki stan w którym pojęcie uczucia było nieznane. Wpatrujesz się we wszystko, ale nic nie czujesz. - Jakieś pytania? - wyrywam się z myśli, bawiąc się palcami pod biurkiem.
- Tak, ja mam kilka...- zaszokowany patrzę na mężczyznę, siedzącego, koło mojej ciotki, który teraz podnosi się z krzesła. Uśmiecha się, ale daleko mu od przyjaznego. Sięga dłonią po małą plastikową buteleczkę na którą wcześniej nie zwracałem uwagi i podnosi ją do góry. Zamieram. Cholera. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie.- Wie pan co to jest? - otwieram usta, aby coś powiedzieć, ale głos mojego prawnika, stanowczo przerywa.
- Co to ma dorzeczy, panie mecenasie?! - mówi, wstając, a mnie przechodzą ciarki po plecach. - To nie ma nic wspólnego ze sprawą! - słyszę złość w jego tonie i zaciskam wargi w wąską linię. Spinam się, czując nic innego jak strach. Gdyby tylko wiedział.
- Czyżby? - pyta twardo, a ja wiem do czego dąży. - Zaraz do wszystkiego dojdziemy, mogę kontynuować proszę sądu? - jest źle, bardzo źle. Spuszczam wzrok na swoje ręce, które teraz zaciskają się w pięści na blacie biurka, lekko drżąc.
- Tak, podtrzymuję pytanie, proszę usiąść - wskazał na mężczyznę, koło mnie, a ten opadł zrezygnowany. Czułem na sobie jego wzrok, zresztą nie tylko jego, ale jedyne na czym mogłem się teraz skupić, to moje długie i smukłe palce.
- Może pan mi teraz odpowiedź na moje wcześniejsze pytanie?- słyszę, ale głos dobiega do mnie tak jakby z oddali. Duszno. Tak zdecydowanie, jest za duszno.
- Tak. To jest Adderall, lek pomocniczy w leczeniu nadpobudliwości psychoruchowej i zaburzeń uwagi.
- Czy kiedykolwiek, przepisywał go pan,  panu Styles'owi?- przełykam ciężko ślinę.
- Nie, nigdy, jako psycholog, nie mam do tego uprawnień. - poczułem, że cała krew spłynęła mi do twarzy.  Rozglądam się nerwowo po sali, zatrzymując swoje spojrzenie na mamie, ale szybko odwracam wzrok, czując zawstydzenie, kiedy patrzy na mnie pytająco. Kiedy słyszę koło siebie ciche nie rozumiem, co to, ma do sprawy wzdrygam się.
- To wszystko, ale chciałbym zadać jeszcze kilka pytań Harremu. - mrużę powieki, przeczesując palcami swoje brązowe loki.
- Może pan już usiąść. Harry?- słyszę głos sędziego i wstaję z obojętnością na twarzy, ale to tylko maska. Czuję jak mój żołądek się kurczy, kiedy krzyżuję swoje spojrzenie z przyjacielem mojego ojca.
- Pan Tomlinson, był tak miły, że wyjaśnił nam co to jest. Te tabletki w dużych ilościach działają jak nark...
- Przepraszam bardzo, ale co mój klient ma do tego?! Faktycznie kiedyś je brał, ale z wiadomych powodów i na receptę lekarza...-  ukrywam twarz między lokami, rozszerzając oczy na kolejny wybuch mojego adwokata. Staram się uspokoić oddech.
- Panie mecenasie, proszę usiąść! - ostry głos sędziego i stukot młotka spowodował, ciszę na sali, którą przerywały jedynie stłumione odgłosy z zewnątrz. - A pana, panie mecenasie, proszę, aby mówił pan do rzeczy. - jego głowa tym razem skierowała się w stronę, mężczyzny naprzeciwko.
- Oczywiście. Dążę do tego, że działają jak narkotyk. Łatwo się uzależnić. - kiwam ledwo dostrzegalnie głową i wyczekuję na pytanie, które ciśnie mu się na usta. Wiedział. - Te tabletki w dużych ilościach powodują irytację, halucynacje, niespodziewane zmiany osobowości, agresje, a co najważniejsze impulsywne podejmowanie działań i brak kontroli nad własnym zachowaniem. - wylicza, ale ja to, wiem. Powstrzymuję cisnący się wybuch słów, zagryzając, z całych sił wargę. Czuję metaliczny smak, kiedy patrzy na mnie z lekkim uśmiechem. - Może pan po prostu nie był świad...
- Przepraszam, mogę? - starszy brunet, siedzący koło mnie, wstaję, gdy sędzia mówi ciche proszę. - Chce pan stwierdzić, że mój klient zażywał narkotyki i pod ich wpływem sfałszował testament? - jego głos brzmi na rozbawiony. Spuszczam głowę, chcąc, aby to wszystko jak najszybciej się skończyło. - On - wskazuję na mnie palcem - Ma tylko tylko dwadzieścia lat i nie jest żadnym kryminalistą! - chce mi się śmiać z całej tej szopki. Czuję jak na mojej twarzy, pojawiają się rumieńce. Kątem oka patrzę na krzesło za sobą, chcąc na nim usiąść, ale uznaję to za niewłaściwe.
- Jak na dwadzieścia lat ma całkiem sporo wizyt na komisariacie. - och widzę, że leci coraz dalej. Marszczę brwi, stojąc ze spuszczoną głową i chwytam dwoma palcami  nasady nosa. Mam ochotę krzyczeć i przerwać całe to przedstawienie, ale jedyne co robię to krzyżuję ręce na klatce piersiowej, ciągle gapiąc się na podłogę. - I zaskoczę pana, panie mecenasie. Na jednej z wizyt w jego krwi wykryto adderall zmieszany z alkoholem. - mój oddech na chwile zamiera. - To było kilka miesięcy przed śmiercią jego ojca i jak się wtedy tłumaczył, brał je na receptę. - zapada cisza, a żadna ze stron nie zamierza jej przerwać, patrząc na mnie wyczekująco, a kiedy się nie odzywam, mężczyzna kontynuuje. - To był pierwszy raz kiedy go  zatrzymano za jakąś bójkę i nie było powodów, aby mu nie wierzyć. - kieruję swoje spojrzenie na mamę, która kręci w nie do wierzeniu głową. Jej oczy są puste. Posyłam jej przepraszające spojrzenie,  aby po chwili znów spuścić głowę. Nie chciałem, aby była tego świadkiem.
- Harry? - podnoszę głowę, kiedy dobiega do mnie głos sędzi. - Czy chciałbyś się do tego odnieść? - pyta, a ja przejeżdżam koniuszkiem języka po spowszechniałych wargach. - Oczywiście, nie musisz mówić nic, co mogłoby Cię obciążyć, ale czy chcesz powiedzieć cokolwiek w tej sprawie?- sędzia, przypatruję mi się, wyczekująco. Wzruszam ramionami. Wiedziałem, że ta postawa była zła i nie dawała mi szansy na nawet najmniejszy procent, który mogły świadczyć o wygranej.Wszyscy oczekiwali, że będę walczył i może mieli rację. Chciałem. Patrzę na przyjaciela mojego ojca, który posyła mi triumfalne spojrzenie. Chciałem, ale mam za dużo do stracenia. On wie znacznie więcej. Odchrząkam.
- Nie, myślę, że to nie ma sensu...- kątem oka, patrząc na starszego mężczyznę siedzącego koło mnie, który momentalnie wstał. Marszczę brwi.
- Chciałbym prosić o piętnastominutową przerwę, aby rozmówić się z klientem...- kręcę głową, chcąc zaprzeczyć, ale ubiega mnie stukot młotka.
- Przychylam się. Ogłaszam przerwę!

*****

Patrzę za okno, kiedy do moich uszów dobiegają do mnie stłumione kroki. Momentalnie obracam głowę, widząc swojego prawnika. Na jego twarzy widzę zmęczenie, chociaż, kiedy staję metr ode mnie, mogę wyczytać z niej tylko złość i zdezorientowanie. 
- Co to było? Przecież jeszcze, wczoraj chciałeś  wygrać! - wskazuję na mnie palcem. Moja twarz pozostaję obojętna, ale kiedy za zakrętu wyłania się moja mama, przełykam ciężko ślinę. Patrzę, jak staję kilka metrów dalej, odwzajemniając spojrzenie. W duchu dziękuje jej za to, że nie podchodzi, bo nie umiałbym spojrzeć jej po tym wszystkim w oczy.
- Chce się poddać... - krzyżuję ręce na klatce piersiowej, a on zaskoczony słowami robi, krok w tył.
- Ty, co? - jego głos słychać na całym korytarzu, bo kilka osób obraca się w naszym kierunku. 
- Chce się poddać! - mówię pewniej, mając pewność, że słowa dotrą do adwokata ciotki, który teraz podnosi głowę. Odchyla głowę, szepcząc coś do niej.
- Chodzi o te tab...
- Nie. - przerywam, patrząc na widok za okna.
- Har...
- Nie, chce to zakończyć, póki je...- zatrzymuję słowa, przeklinając w duchu, kiedy za zakrętu wyłania się tak dobrze znana mi osoba. Widzę go, jak podnosi głowę. Nasze spojrzenie przez moment się krzyżują. Siada na ławce, spuszczając wzrok na swoje ręce.
- Póki co?
- Chce to zakończyć. - odpowiadam, odbijając się od ściany i kieruję się w stronę schodów, ale zaraz uważam to za błąd, orientując się, że będę musiał wyminąć Louisa. Spuszczam głowę.
- Harry, stój! - czuję ucisk na nadgarstku, kiedy chce włożyć dłonie w kieszenie. Obracam się. - Czego się boisz? - mrużę powieki, doznając dziwnego déjà vu.  Prycham.
- Nicz...
- Harry!

Louis POV

- Harry! - do moich uszu dobiega to imię i mimowolnie obracam głowę w stronę głosu.
- Pan nie rozumie! - słyszę stłumiony głos Harry'ego i widzę,jak w ich stronę, kieruję się jego mama.- On wie o rzeczach o których nikt, nigdy nie powinien wiedzieć. Dosłownie! - patrzę na jego twarz, widząc twarz bez żadnych emocji. Wiem, że to tylko maska. Przez te półtora roku stałeś się silniejszy. Silniejszy, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać, ale nigdy nie przestałeś udawać. Nie mogę nic zrobić, a powinienem. Powinienem przerwać tę ciszę,podejść. Powinienem Cię wspierać. Pomóc Ci, ile tylko mogę. Powinienem być przy tobie. Powiedzieć Ci, co czuję. Chcę, żebyś wiedział jak mi na tobie zależy, ale spieprzyłem. Straciłem szansę na cokolwiek. - O tych tabletkach...- zagryzam policzek od środka, czując zdezorientowanie. Nie potrafiłem Cię ochronić. Cholera! Dlaczego ja nie zauważyłem, że coś się dzieję? Czemu nie zauważyłem, że się staczasz? - O tych tabletkach wiedziały tylko dwie osoby. Jedną z nich jestem ja... - zaciskam wargi w wąską linię. Myślałem, że mi ufałeś. Myślałem, że możemy rozmawiać o wszystkim. Jak bardzo się myliłem, ale nie mam Ci tego za złe. Jedyną osobą na którą jestem zły, jestem ja sam. - To niemożliwe, aby wywnioskował, że brałem...- widzę jak jego matka wsuwa dłoń w jego i czuję ukucie zazdrości. On patrzy na nią zaszokowany, po czym zaciska ucisk.- Tylko po tym, że wykryto je u mnie, tamtego wieczora. - dokańcza ze spuszczoną głową
- Kto był tą drugą osobą? - wzdłuż kręgosłupa, przechodzą mnie ciarki, kiedy to słyszę.
- On by mnie nie wydał...- wstaję, nie chcąc dalej podsłuchiwać, chociaż to nie, to. Wstaję, bo nie mogę znieść myśli, że był ktoś, komu ufał bardziej ode mnie. Ze spuszczoną głową idę w stronę schodów.
- Harry, nie wiesz te...
- Wiem, on by mnie nie wydał, bo naraził by siebie...korzyści szły w obie strony...- słyszę i mimowolnie się zatrzymuję na pierwszym stopniu schodka. Mrużę powieki, patrząc na niego, a on jakby to czując obraca wzrok w moim kierunku. W twoich oczach widzę przez chwilę smutek.  Patrzę na ciebie twardo, lecz w środku cały dygocę z rozpaczy. Kręcę przecząco głową, wyjmując telefon z kieszeni i schodząc po schodach. Korzyści szły w obie strony...korzyści...korzyści.

 *****
  
Harry POV
- Chciałbym wnieść wniosek...- patrzę na mojego adwokata, a on mi posyła lekki uśmiech. Sędzia wskazuję ręką, aby mówił dalej. - Wnoszę o oddalenie, pana Wood od tej sprawy, iż jak się dowiedzieliśmy, przyjaźnił się on z ojcem, mojego klienta. Razem z moim klientem doszliśmy do wniosku, że posiada on fakty, które nie mają nic wspólnego ze sprawą, a mogą pogrążyć nie tylko mojego klienta, ale też bliskie mu osoby. - zaciskam ręce w pięści, modląc się w duchu, aby się udało. Sędzia, mruży powieki, patrząc w boki.
- Musimy to omówić, ogłaszam kolejną przerwę! - stukot młotka. Podnoszę brwi i wstaję, kiedy sędzia wychodzi z pomieszczenia, wraz z innymi. Wychodzimy z sali jako ostatni.
- Niezłe zagranie! - obracam się w stronę głosu i wypuszczam z ust powietrze. - Nie wiedziałem, że twoje sekrety są, aż tak cenne...- przeczesuję palcami loki.
- Moje sekrety, nie są twoją sprawą. - mówię, czując jak mój adwokat kładzie rękę na moich plecach.
- Ale musisz przyznać, są całkiem ciekawe. - uśmiecha się. Zdenerwowany zaczynam ruszać palcami.
- Harry, on nic, nie wie. Próbuję Cię sprowokować! - słyszę cichy szept i kiwam głową, ruszając, w kierunku schodów. Zatrzymuję się, koło przyjaciela mojego ojca i patrzę na niego z góry.
- Tak, masz racje są ciekawe, ale nie tylko Ty wiesz dużo o mnie. - uśmiecham się z wyższością, próbując zachować obojętność na twarzy. - Nie zapinajmy, że twój przyjaciel był moim ojce i wiem o rzeczach, które mogły pozbawić Cię kariery. - kiwam głową, wymijając go i schodzę po schodach, przecierając twarz ręką. Popycham drzwi i wychodzę na świeże powietrze. Podchodzę do murka, otaczającego plac i opieram się o niego, czując zapach papierosów. Marszczę nos, obracając głowę w stronę zapachu i och.
- Palenie szkodzi. - wypalam i od razu tego żałuję, kiedy Louis obraca w moim kierunku wzrok.
- Adderall też. - nie jest to złośliwe, raczej  przesączone smutkiem.  Patrzę jak się zaciąga i po chwili wydmuchuję dym. Palcem ścieram kurz z murka, nie wiedząc co zrobić.
- Nie spodziewałem się, Ciebie tutaj...- przyznaję, zagryzając wargę. Czuję jak zimne powietrze, muska moje policzki i wzdrygam się.
- Wezwali mnie na świadka, nie miałem wyjścia, także wybacz. - ale to, już było złośliwe. Prycham, odchylając głowę do tyłu.
- Jak na taki wzrost, to jesteś strasznie dużym i zarozumiałym dupkiem. - mówię po chwili, wzruszając ramionami, kiedy jego tęczówki, spotykają się z moimi. Mruży powieki. - Gdzie Ci się to mieści? - kiwa głową, parskając, po czym znowu się zaciąga.
- Po pierwsze, odwal się od mojego wzrostu...- mówi twardo, ale zdradzają go kąciki warg, które lekko wygięły się w górę. - A po drugie, czemu zawdzięczam, to, że ze mną rozmawiasz? - wyrzuca niedopałek i przygniata butem. - To Ty ostat...
- Dobra, już idę! - przerywam, nie chcąc aby dokańczał i obracam się, ale czuję uchwyt na swoim nadgarstku. Zostaję pociągnięty, tak, że stoję kilkadziesiąt centymetrów od niego. - Jak na swój wzrost, to jesteś też silny. - mruczę, krzywiąc wargi w grymas. Moje oczy ląduję na jego ustach, ale szybko, przenoszę go na nadgarstek, gdzie wciąż znajduję się uchwyt.
- Nadal go nosisz? - marszczę brwi, nie wiedząc o co mu chodzi. Puszcza mój nadgarstek i wskazuję palcem na mój tors. Idę wzrokiem za jego oczami i natrafiam na wisiorek z zawieszą papierowego samolocika. Z moich ust wypada ciche och. Zawstydzony, drapię się po policzku.
- Tak, jakoś wyszło . -wzruszam ramionami, nie widząc sensu w tych słowach. - Chyba, że chcesz go z po...
- Przestań, to był prezent. - mówi, wyciągając dłoń, aby wziąć, zawieszkę w palce. Uśmiecha się, a ja czuję ucisk w dole brzucha. - Ciesze się, że go masz...- przyznaję cicho, a ja próbuję stłumić uśmiech, ale to mi się nie udaję. - W coś Ty się wplątał, Harry? - pyta, patrząc w moje oczy. Podnoszę brwi, dopiero po chwili orientując się o czym mówi.
- Też chciałbym to wiedzieć...- szepczę, wzruszając ramionami. Stoimy, wpatrując się sobie w oczy. Louis pochyla się w moim kierunku, a ja przenoszę wzrok na jego usta, zastanawiając się jak teraz smakują. Przychylam się, czując dym papierosowy i gdy nasze usta mają się spotkać, słyszę dzwonek telefonu. Mimowolnie od niego odskakuję, przeklinając w duchu, chwilę słabości. - Przepraszam...ja...um...muszę wracać. - odwracam się i szybkim krokiem ruszam w stronę budynku, nie zwracając na nic uwagi.

~*~

Hej skarby! Tak, wiem jak zwykle spóźniona, ale już jestem. Rozdział, cóż, może być. Nie jest moim zdaniem zły, ale ocenę pozostawiam wam. Także do przepraszam za błędy i do następnnego.

Ps. Kocham was xx


czwartek, 2 lipca 2015

Rozdział Ósmy


Z przeszłością należy się rozstać nie dlatego, że była zła,
 lecz dlatego, że jest martwa.

Mrugam oczami, próbując przyzwyczaić się do światła, które wpada przez żaluzję okna. Chłodne powietrze, które wpada przez uchylone okno, muska każdy skrawek mojej skóry, powodując przy tym gęsią skórkę. Z moich ust wypada ciche kurwa kiedy do moich uszów dochodzi ćwierkot ptaków, które najwyraźniej postanowiły sobie zrobić poranny koncert akurat koło mojego okna. Mruczę niezadowolony, kiedy ból głowy, uderza we mnie wraz z skurczem w okolicach karku. Chowam głowę w poduszkę, mrużąc powieki i czując nagie ciało, które przyciska się do moich pleców, obejmując mnie w pasie. Dopiero po chwili dociera do mnie co się tak naprawdę stało. Podnoszę się, podpierając na łokciu i patrzę w bok, przełykając głośno ślinę. Zamazanym wzrokiem, śledzę, śpiącą osobę. Głowa Louisa spoczywała na poduszce, policzki były  zaróżowione, a usta lekko rozchylone. Jego powieki były szczelnie zamknięte. I nagle wszystko zamiera wraz z oddechem,który boleśnie zatrzymał się w płucach. Kręcę głową i nie chcąc go obudzić, lekko zdejmuję ze swojego brzucha jego rękę. Zamieram, kiedy z jego ust wychodzi cichy pomruk, ale mimo to jego oczy pozostają zamknięte, a umiarkowany oddech świadczy o tym, że dalej spał. Ostrożnie siadam na krawędzi łóżka i chowam  twarz w dłoniach, zaciskając palce w swoich włosach.
- Nie, nie, nie, kurwa nie! - mruczę, kręcąc w nie do wierzeniu głową. Cholera! Wstaję, odnajdując wzrokiem swoje bokserki. Chwytam je w dłoń i szybko nakładam. Przykładam rękę do ust i rozglądam się dookoła, obracając na pięcie. Parskam, czując upokorzenie oraz złość, które wypełniają każdą cząstkę mojego umysłu. Przespałem się z nim, kurwa, ja się z nim przespałem! Patrzę na drzwi, zamykając oczy, kiedy wspomnienia z nocy zalewają mnie od wewnątrz.. Chce Ciebie Louis... Kładę dłonie na karku, opuszkami palców, przejeżdżając po lekko piekących miejscach, które zapewne były w kolorze śliwki lub bordu. Tak bardzo za tobą tęskniłem Hazza. Zaciskam bardziej powieki, czując jak moje policzki się rumienią. Ja za tobą też Lou. Cholera. Cholera. Cholera. Zadzieram głowę do góry. Tak..tak, kurwa, właśnie tu! Otwieram szeroko oczy. Kucam, zaciskając wargi w wąską linie i chwytam swoje spodnie, po czym zaciskam powieki. Boże...Boże, co ja zrobiłem?! Wstaję, rzucając w złości, spodniami  gdzieś w kąt, a one wydają cichy świst, przecinanego powietrza. Wtedy to wszystko uderzyło we mnie ze zdwojoną siłą. Czułem się tak, jakbym cofnął się do przeszłości. Do tego pierdolonego dnia, kiedy się mu oddałem. Problem w tym, że powroty są ciężkie i nie zawsze, chce się z nimi zmierzyć. Bo po co? Powroty uświadamiają nas ile rzeczy zrobiliśmy źle, ile zostawiliśmy w tyle, ile dobrych dróg straciliśmy. Powroty zawsze są ciężkie, bo związane są z decyzjami, których nie da się już cofnąć.
- Harry? - zasysam powietrze, przykładając sobie palce do wargi. Kiwam głową, próbując się uspokoić, po czym odwracam się w stronę łóżka. Louis zaspany przytula do siebie kołdrę, rozchylając powieki i ukazując lazurowe tęczówki. Piąstką przeciera swoje oczy, a ja muszę odwrócić od niego wzrok. - Co robisz? - wzdrygam się na jego zachrypnięty głos. Przejeżdżam palcami po lokach, po czym schylam się, aby podnieść swoją koszulkę.
- Ubieram się, nie widać...- wychrypiałem, dziwiąc się ile w tych słowach znalazło się jadu. Przeczyszczam gardło, odkaszlując  i szybko zakładam biały T-shirt. Zachować spokój, po prostu zachować spokój.
- Harry, co się dz...
- To był błąd, okej?!- mówię, patrząc jak podnosi się do siadu. Nie patrze na jego twarz. Nie mógłbym. Do moich uszu dociera, ciche sapnięcie. - To nie powinno mieć miejsca... - wzrokiem odszukuję swoje czarne spodnie, po czym podchodzę do nich, unosząc je w górę. Gdzieś za sobą słyszę skrzypienie łóżka.
- A..ale...
- Louis, proszę! - warczę, aby zamaskować łamiący się głos. - Zapomnijmy o tym...- szepczę, wkładając pierwszą nogawkę, o mało się przy tym nie przewracając, ale jakoś łapię równowagę.
- M...mówiłeś, że...
- Co mówiłem?! - cały spokój szlak trafił. Patrzę na niego. Siedzi, otulony kołdrą, bawiąc się palcami. Przez jego twarz przewijają się róże negatywne emocje. Kosmyk roztarganych włosów, zasłania mu oczy. I w pierwszej chwili chce po prostu podejść do niego i zapomnieć o całym gniewie, ale nawet gdybym chciał,to jest to niemożliwe. Wszystko się zmieniło. - Ty też mówiłeś, że mnie nie zostawisz! Mówiłeś, że Ci na mnie zależy! Powiedziałeś mi, że mnie kurwa kochasz, pamiętasz?! - splunąłem, obracając głowę w bok, kiedy jego głowa podniosła się w górę. Zaśmiałem się, drapiąc po policzku.- To były tylko słowa...słowa, jak każde inne. -skłamałem, zapinając rozporek. Napełniam buzie powietrzem, po czym wypuszczam je, zgarniając z podłogi swoje buty i szybko je nakładam.
- I nie kłamałem... -parskam, podnosząc brwi. Zawiązuję sznurówkę. - Wyjechałem, ale to...
- Skończ! -  wtargnąłem mu w słowa nie chcąc tego słuchać. Nie chciałem, bo wiedziałem, że w końcu się złamie i dam mu mówić, a nie chciałem wyjaśnień, bo wiem, że to by znowu obróciło moje życie w kupę bałaganu. - Nie jestem  naiwnym chłopcem, Louis...już nie. - dokańczam obracając się do niego tyłem i ściągam z krzesła swoją koszule w kratę. W pokoju zapada cisza, przerywana tylko naszymi oddechami. Przymykam oczy.- Mam chłopaka, Louis...- wyjaśniam, chowając prawą dłoń w kieszeni. Wiedziałem, że nie powinienem był tego mówić. Nie powinienem był mu dowalać, bo wiedziałem, że nie tylko ja tu cierpię, ale mimo to z moich ust wypadły trzy kolejne słowa, które miały go dobić. - On mnie kocha. -obracam się i widzę zaszklone, lazurowe oczy. Zaciskam wargi i mrugam oczami, odganiając łzy.
- A Ty jego? - kilka tygodni wcześniej moja odpowiedź byłaby natychmiastowa i jasna, ale nie teraz. Nie teraz, kiedy wiem, że osoba, której tak naprawdę nigdy nie przestałem kochać, siedzi w tym samym pomieszczeniu co ja.
- Zależy mi na nim. - szepczę. Spuszczam wzrok, nie mogąc znieść bólu w jego oczach.- Ja...ja nie jestem tą osobą, która zostawia, kogoś komu zależy...- pociągam nosem, zagryzając policzek od środka.
- Harry...- słyszę łamiący głos i skrzypienie materaca. Po minucie Louis stoi owinięty w prześcieradło na przeciwko mnie. Chce się cofnąć, ale jego palce u rąk chwytają mój podbródek i unoszą go do góry. Nasze spojrzenia się krzyżują. - Nie rób tego...- szepczę, przejeżdżając palcami przez mój policzek.
- Czego? - prycham, chcąc zachować kamienną twarz, ale łagodnieje ona, kiedy widzę w jego oczach smutek i zaczynam się zastanawiać, co by było gdyby...co by było gdyby, nigdy nie wyjechał bez słowa,gdyby to wszystko potoczyło się tak jak sobie wyobrażałem. Ale życie, miało swoje własne plany. Życie nigdy nie toczy się tak, jakbyśmy tego chcieli.
- Nie popełniaj mojego błędu...- obracam wzrok, strącając swoją dłonią, jego palce z policzka. - Już raz Cię straciłem...nie chce...
- Straciłeś mnie wtedy kiedy wyjechałeś...- zgadzam się, patrząc na obrazek wiszący na ścianie. - Ale mnie nie odzyskałeś...- kątem oka, widzę jak robi krok w tył, a po jego policzku stacza się łza, którą natychmiastowo ściera. - Poniosły nas emocje...ta noc nic nie znaczyła. - kłamałem, tak cholernie kłamałem i gdzieś w środku chciałem po prostu przestać. Zatrzymać się, o wszystkim zapomnieć i kierować się sobą...ale nie mogłem. Przymykam oczy, ściskając dłonie w pięści. Podnoszę na niego wzrok. Stoi ze spuszczonym wzrokiem, kiwając głową i podtrzymuje, lewą ręką prześcieradło.
-To powiedz mi to w twarz - podnosi wzrok, a ja rozchylam wargi w zdziwieniu, bo nagle stał się pewny siebie. Przez jego twarz przeszedł cień złości. - Dam Ci spokój, ale powiedz mi w twarz, że nic do mnie już nie czujesz! -warczy, podchodząc bliżej. Nasze palce u nóg się stykają, spuszczam wzrok, aby spojrzeć mu w oczy i zaczynam rozumieć skąd ta pewność. Przejrzał mnie, czytał ze mnie jak z otwartej książki. - No powiedz to! - prawą dłonią, uderza w moją klatkę piersiową. Zaskoczony cofam się, pod napływem silnego dotyku. Widziałem w jego oczach tyle emocji. Złość, smutek, ból, rozczarowanie.
- Dlaczego to robisz? - wybucham, biorąc głęboki oddech, po czym wypuszczam powietrze. - Kurwa, to nie ja byłem tą osobą, która spierdoliła! - syczę, pokazując go palcem. - Nie było Cię półtora roku, a teraz kurwa, co? - pytam, kręcąc głową.- Zjawiasz się, chcąc uczestniczyć znowu w moim życiu, ale...- patrzę w jego oczy i szybko tego żałuję, bo wymiękam. - Ale wszystko się zmieniło...wszystko. - szepczę, kładąc lewą dłoni na biodro, a prawą przeczesuję włosy.- I jeśli tak bardzo chcesz to usłyszeć...- moje nogi są jak z waty, gdy do niego podchodzę. - Nigdy nie chciałem byś przez kogoś cierpiał, nawet wtedy jak wyjechałeś...- przejeżdżam językiem po swoich zębach. - I przykro mi, że teraz tą sobą jestem ja, ale nic już do Ciebie nie czuję - mówię to z największym przekonaniem na jakie mnie stać, a on najwyraźniej wierzy, bo spuszcza wzrok. Gdzieś w głębi kuję mnie uczucie rozczarowania, bo uwierzył, jednak uwierzył, ale odwracam się, jeszcze raz sprawdzając swoje kieszenie, czy aby wszystko na pewno mam. Wzrok powoli mi się rozmazuję, kiedy podchodzę do drzwi, chwytając za klamkę. - Lepiej się zbieraj, idę po Sophie, a później się wymeldować...- otwieram drzwi i chce wyjść, ale przed tym ostatni raz obracam głowę. Stoi, patrząc na mnie swoimi lazurowymi oczami, a na jego policzku widnieją ślady łez. - Przepraszam za to, że zrobiłem Ci nadzieję...- przerywam, rozluźniając palce u rąk.-  Ale teraz przynajmniej jesteśmy kwita. - i wychodzę bez pożegnania, pozwalając łzom, spływać po moich policzkach.

*****

- Harry no weź mi pomóż! - mokra ścierka uderza w moją twarz i z piskiem ją z siebie zrzucam. Mrużę powieki, patrząc pustym wzrokiem na Sue, która siedzi na blacie, wycierając szklanki. 
- Nie wiem, może weź pożyczkę! - mruczę, schylając się po mokry materiał, po czym  odrzucam go do Sue. Nakłam kolejny kawałek ciastka na talerzyk, dekorując go czekoladową posypką.
- Ale na pożyczkę trzeba czekać i do tego jeszcze trzeba zwracać. - parskam, podnoszę brwi i wycieram ręce w czarny fartuch.
- Hmm dlatego właśnie nazywa się to pożyczką. - mówię, przewracając oczami i stawiam na tacy, białe talerzyki z ciastkiem.
- Od tej imprezy na której Cię pobito, stałeś się strasznie nieznośny! - zamarłem, zamykając oczy i odganiając od siebie zbędne myśli. Poddałem tace Bridget, która przyjęła ją z uśmiechem.
- Nie pobito mnie, dostałem raz w twa...
- A co to za różnica? - pyta, zeskakując z blatu.
- Żadna, ale Harry dalej będzie się spierał, także nie warto, a tak w ogóle to cześć - odwracam się w stronę drzwi, gdzie stoi Austin, opierający się o framugę ze skrzyżowanymi rękoma na klatce piersiowej. Na twarzy błąka mu się złośliwy uśmieszek, a brwi ma zmarszczone. Posyłam mu wrogie spojrzenie, po czym odkładam nóż na blat.- Ładny fartuszek. -zagryza wargę, a ja momentalnie zrzucam z siebie czarny materiał, rumieniąc się. Słyszę jak Sue parska śmiechem i przewracam oczami, kiedy odpowiada mu ciche cześć.
- Dajcie już spokój! - warczę, odrzucając fartuch na bok i biorąc z szafki swoje rzeczy. - Po za tym tu może przebywać tylko personel! - wskazuję oskarżycielsko na Austina. Jego uśmiech się poszerza. 
- Och tak? To chodź i mnie wyrzuć. - przejeżdża koniuszkiem języka po swoim kolczyku w wardze, chowając dłonie w kieszenie. Zagryzam wargę, pokazując na drzwi.
- Idziemy! - podchodzę do niego i lekko pcham przez drzwi na co się śmieję. - Cześć Sue, do jutra!
- Cześć! - woła zanim drzwi zamykają się z cichym trzaskiem.
- Coś Ty taki zły, bohaterze? - po raz kolejny przewracam oczami, wymijając stoliki i kierując się do wyjścia, łapiąc za klamkę i otwierając drzwi.
- Nie zaczynaj. - burczę, wskazując głową aby szedł pierwszy. Zamykam za nami drzwi.
- Ej noo, czekaj!- czuję uchwyt na nadgarstku, kiedy kierują się w stronę jego samochodu. - Co się dzieję?
- Nic, co się ma dziać? - pytam, patrząc gdziekolwiek, aby nie w jego oczy.
- Unikasz mnie, moż...
- Gdybym Cię unikał, raczej bym teraz tu z tobą nie stał! - odpieram, brzmiąc naturalnie, wiedząc iż niebieskie oczy śledzą, każdy mój gest. Schodzę trochę w bok, kiedy jakiś rowerzysta, wyjeżdża z bocznej uliczki i kieruję się w naszą stronę. - Możemy jechać? - pytam, a on przytakuję głową. Jego uśmiech znikł już dawno, a zastąpił go grymas, za co daję sobie w myślach w twarz. Zajmuję miejsce pasażera i zapinam pasy. - Przepraszam...- szepczę, kiedy odpala silnik. Patrzę mu jego niebieskie oczy i uśmiecham się lekko, domalowując sobie w myślach wystające kości policzkowe, oraz mocniej zarysowaną szczękę. Wszystko się zatrzymuję,kiedy zdaję sobie sprawę co właśnie do cholery zrobiłem. Obracam wzrok, patrząc na mijający widok za oknem. 
- Harry, czy Ty mnie w ogóle słuchałeś? - utkwiłem w nim wzrok, kiwając głową, chociaż moje myśli były daleko od tego co mówił. - Po protu się o Ciebie martwię...- jego dłoń ląduję na moim udzie, a ja się wzdrygam. Cholera! Kiedy jego dotyk, zaczął mnie drażnić?! Biorę uspokajający oddech. 
- Niepotrzebnie, po prostu mam teraz dużo na głowie, ta cała sprawa z domem...- gestykuluję rękoma. W sumie była to prawda, niby nikt, nie komentował całej tej pieprzonej sprawy i może to tylko dlatego, że wiedziała o tym tylko trójka osób. Czwórka. 
- Wiesz co może spędzimy ten wieczór razem? Bez żadnych zmartwień...- posyła mi uśmiech, a ja obracam wzrok, czując ogarniający mnie wstyd. Zdradził...nie, nie myśleć o tym, po prostu nie myśleć.
- Byłoby wspaniale. - odgarniam włosy do tyłu, sięgając do radia, aby przełączyć na inną stację. 

***** 

Odkładam książkę, kiedy mój telefon zaczyna dzwonić. Odrzucam ją w bok, schylając się na łóżku po telefon. Odbieram nie patrząc kto dzwoni i przykładam go do ucha. - Tak? - chrypie, układając się znowu na poduszkach. 
- Harry, kochanie...- uśmiecham się, słysząc jej głos, który zawsze uspokajał i tak było tym razem.
- Cześć mamo! - mówię, czując się nagle źle. Uświadamiam sobie jak dawno do niej dzwoniłem, jak dawno byłem w swoim domu, pokoju i czuję tęskną te. 
- Harry czemu mi nie powiedziałeś? - słyszę jej podenerwowany a zarazem zmartwiony głos i marszczę brwi. Wstaję z łóżka i podchodzę do okna, patrząc na swoje knykcie. 
- Co? O czym? - kręcę głową, chociaż wiem, że nie może tego zobaczyć. 
- O tym, że twoja ciotka, chce odebrać Ci dom. - jej głos się staję sfrustrowany, a mnie ściska serce. Wzdycham, przenosząc wzrok na skrawek ulicy, który widać za ogrodzenia. 
- Skąd się dowiedziałaś? - pytam, zagryzając policzek. Wiedziałem, że i takw końcuto wyjdzie, ale nie chciałem robić afery. 
- Nieważne, kochanie, czemu mi o tym nie powiedziałeś? - przejeżdżam wolną dłonią po czole.
- Nie chciałem Cię martwić...- usłyszałem jej ciężkie sapnięcie. - A teraz powiedz mi skąd wiesz? - podniosłem brwi.
- Dostałem wezwanie do sądu, aby zeznawać...- przełknąłem głośno ślinę, a z moich ust wypadło jęknięcie. Pokiwałem głową, parskając. - Gemma też to dostała, znaczy, przyszło tu do domu...- odchylam głowę do tyłu, zaciskając pięść w złości. 
- Rozumiem...-mruczę, próbując uspokoić oddech. - Mamo, błagam nie martw się tym, załatwiłem już sobie prawnika i mam duże szansę, aby wygrać...- tłumaczę, siadając po turecku na podłodze i opuszkami palców, przesuwając po szybie.
- Powinieneś mi powiedzieć wcześniej...- wiem, mamo,wiem.

~*~

Jak tam wakacje? U mnie osobiście, strasznie nudno. Co do rozdziału...ugh spieprzyłam, jak zwykle, ale opinię zostawiam wam. Przepraszam za wszelkie błędy, kocham wasi do następnego :)

Ps. Kocham was xx



poniedziałek, 22 czerwca 2015

Rozdział Siódmy


To nie, tak, że  podsłuchiwałem. O nie, nie! Ja po prostu znalazłem się w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie, co wiedziałem, że skończy się źle, ale słowa jak tam rozwód podziałały na mnie, jak płachta na byka. I to nie, tak, że to mnie jakoś szczególnie interesowało. Po tym wszystkim, nie miało to dla mnie jakiegokolwiek znaczenia, czy Louis się rozwodzi, czy nie. Mimo to, moje nogi odmówiły posłuszeństwa i skończyłem wychylając się lekko za drzewa, przysłuchując się rozmowie.
- Chyba dobrze...- Louis wziął łyka z butelki piwa, po czym spojrzał na swoje ręce. - Lucy, nie robi problemów, także niedługo, będę znów do wzięcia. - zaśmiał się i to chyba był najbardziej sztuczny śmiech, jaki do tej pory słyszałem. Ściskam wargi w wąską linię, patrząc na jego twarz, która jest pozbawiona jakichkolwiek emocji. I z trudem rozpoznaję swojego zawsze uśmiechniętego i pozytywnie myślącego Louisa. Nie. Stop. Przecież on nigdy, nie był mój.
- Jesteś pewny, że tego chcesz? - Stan, poklepał go po kolanie. - Wiesz,  nie będzie odwrotu, macie dziecko i rozwód może, być błędem, którego później możesz żałować...- Louis wyprostował się, a ja stałem opierając się o drzewo i oddycham ciężko. Ściskam, ręce w pięści, patrząc na jakiegoś chłopaka, który pali i czekam na odpowiedź.
- Ty mi to mówisz?! Osoba, która przed ślubem powiedziała mi, że nie może uwierzyć, iż jego gejowski przyjaciel, bierze ślub z kobietą?- parsknął, a ja wychylam głowę, tak aby móc go widzieć. - Całe życie patrzyłem na szczęście innych, nie martwiąc się o swoje. - odchrząka. Uśmiecham się smutno, uderzając lekko palcami w drzewo. - Okazuję się, że tym oto sposobem,  półtora roku temu, popełniłem błąd za który będę płacić bardzo długo. - zasysam głośno powietrze, nieświadomie otwierając usta. Zamykam je, przełykając głośno ślinę. - Przegapiłem swoje kurewskie szczęście, nie chcąc zachwiać czyjegoś i po prostu uciekłem od niego jak pierdolony tchórz... - ledwo co skończył to mówić, a ja gwałtownie się odsunąłem. Na mojej twarzy malował się szok, a w sercu wzrastał niepokój. Czułem, jak mój żołądek się skręca, a głowa pulsowała mi, jakby miała zaraz wybuchnąć. Gorycz spływa w dół mojego gardła, bo co to miało znaczyć? Patrzę w oczy Louisa i to jest błędem. Są puste, bez wyrazu. I teraz już wiem. Wiem, jak cholernie cierpiałem nie tylko ja, ale też on. Stan ściska jego ramię w geście pocieszenia, po czym pokazuję palcem w niebo.
- A co jeśli to szczęście, wciąż gdzieś, tam czeka w ukryciu? - biorą drżący oddech i zamykam oczy, hamując łzy, które niepostrzeżenie zgromadziły się w moich oczach. Czeka, czeka, czeka, cze...
- Nie, raczej nie...- mam ochotę krzyczeć, że tak wcale nie jest, ale uświadamiam sobie prawdę. Tak, tak właśnie jest! W moim życiu nie ma dla niego miejsca, bo jest ktoś inny. Austin. Austin, który mnie kocha...który mnie kocha. Otwieram oczy i widzę, jak jakaś grupka dziewczyn opiera się o dom, zgromadzana w kółku, chichocząc. Wycofuję się, patrząc ostatni raz na Louisa i zdając sobie sprawę z tego, że ta rozmowa, szybko nie zniknie z moich myśli.

*****

- Chowasz się tu, aby mnie nie spotkać? - zamykam oczy, słysząc niski ton głosu. Nie. Błagam, tylko nie to. Obracam się, opierając tyłkiem o blat. Patrze na swoje buty, czując wzrok Louisa na sobie. 
- Jesteśmy dorośli Lou..is - mówię. Widzę jego sylwetkę, która opiera się o framugę drzwi. 
- Tak...oboje wydorośleliśmy...- rusza w moim kierunku, a ja dopiero wtedy podnoszę wzrok. Zajmuję miejsce koło mnie, chowając dłonie do kieszeni spodni. Stoimy w ciszy, patrząc na szafkę wiszącą na przeciwległej ścianie. Przez moje ciało przebiega dreszcz, kiedy jego ramię dotyka mojego. W pierwszej chwili chce się od niego odsunąć, ale moje nogi po raz kolejny dzisiejszego dnia, odmawiają posłuszeństwa. Nasze ramiona stykają się i to jest w pewien sposób przyjemne. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, jak działa na mnie jego dotyk i jak bardzo za nim tęskni...nie...nie.
- Dalej jesteś kiepskim psychologiem? - pytam żartobliwie, tak jak za dawnych czasów. To nie jest w porządku, ale udaję. Bo to Louis. Ten sam szatyn, który, kiedyś sprawiał, że czułem się wyjątkowy. Mój Louis, który tak naprawdę, nigdy nie był mój. Marszczy brwi, ale zaraz parska cichym i krótkim śmiechem. Wzdrygam się na ten dźwięk. Słyszę ten śmiech, pierwszy raz od półtora roku i mogę stwierdzić, że jest on najpiękniejszym, jaki kiedykolwiek słyszałem. Jest tak idealny, że przez moje plecy, przechodzą ciarki. Otrząsam się z myśli, kiedy Louis, spogląda na mnie spod rzęs, swoimi lazurowymi oczami. Tych tęczówek nie zapomina się tak po prostu, one zostają w twojej głowie i nic, nigdy ich z niej nie wypędzi.
- Nie wiem, dzieci bynajmniej się nie skarżą! - chichota, a ja unoszę brwi, czegoś nie rozumiejąc. Louis to zauważa i dokańcza -. Teraz pracuję w szkole, jako psycholog i prowadzę kółko teatralne. - posyłam mu rozbawione spojrzenie, kiwając głową.
- Wspaniale...- uśmiecham, się krótko, przypominając sobie pewną rozmowę. - Mówiłeś mi kiedyś, że grałeś w kilku przedstawieniach i nawet skończyłeś staż! - kiwa potwierdzająco głową, zaczesując palcami włosy do tyłu. Obracam wzrok na okno i ściskam wargi w wąską linię. Czuję się niekomfortowo,kiedy wracam do tego myślami.  Kilku osobowa grupka tańczy na środku ogrodu, inni siedzą na trawie,a jeszcze inni piją piwo w kątach.
- A Ty? - pyta, a ja marszczę nos, obracając się w jego stronę. - Czym się zajmujesz? - przez jego twarz przebiega lekki uśmiech, ale w jego oczach jest coś czego nie mogę odczytać. Coś co go zdradza, coś co nie jest pozytywne. Odchrząkam.
- Pracuję w kawiarni, ale to już wiesz...- pocieram palcami po swojej drugiej ręce. - Po za tym studiuję architekturę. - dokańczam, spuszczając wzrok. 
- Architekturę? - przenoszę swoje oczy na niego i kiwam głową. - Nic nie wskazywało, że się tym interesujesz... - och. Parskam, zaciskając palce na ramieniu drugiej ręki. 
- Nie interesowałem się tym...- odpowiadam szczerze, wpatrując się w drewnianą szafkę. - To był impuls,  wiesz...złożyłem papiery z myślą, że i tak mnie nie przyjmą, ale przyjęli i myślę, że to jest chyba "to"-  robię cudzysłów w powietrzy, a on kręci rozbawiony głową. Wypuszczam z ust powietrze, analizując z czego mogła być ta ledwo widoczna plama na ścianie.  
- Szalony...- zaczyna się śmiać, a ja dołączam do niego. Przykłada rękę do ust, próbując się uspokoić. Trącam go łokciem w ramię, z urażoną miną.
- Może i to było szalone, ale wyszło mi na dobre...-prycham, próbując stłumić uśmiech. Krzyżuję ręce na klatce piersiowej. Po między naszą dwójką znowu zapada cisza, którą zakłócają jedynie odgłosy dochodzące z ogrodu. Nie jest ona niekomfortowa.  Zamykam oczy, słysząc nasze umiarkowane oddechy, które się ze sobą mieszają. Co ja wyprawiam? Tak, nie miało być...
- Nigdy nie sądziłem, że po tym co się wydarzyło, będziemy normalnie rozmawiać...- Louis szepczę, a ja spuszczam wzrok na jasnobrązowe panele. Przygryzam wargę. 
- Ale obaj jesteśmy dorośli Lou...- przymykam oczy. - Obaj...- powtórzyłem, dając na to słowo duży nacisk. Spoglądam kątem oka na jego twarz. - I głupio by było gdybyśmy się zachowywali, jak para rozwydrzonych i obrażonych na cały świat, nastolatków...- odbijam się lekko, ręką od blatu i robię kilka kroków na środek. Obracam się w kierunku Louisa, który nie spuszcza ze mnie wzroku. - Niektóre urazy, trzeba zachować tylko dla siebie, gdzieś na dnie serca. - mówię cicho, sam nie wierząc, że to wypadło z moich ust. Szatyn podchodzi powoli do mnie i kiedy stajemy kilkadziesiąt centymetrów od siebie, dostrzegam jaki jest drobniutki. W tym momencie przypominał małe, delikatne stworzonko, które pod jednym dotykiem rozsypałoby się pył.  Kosmyk włosów spada na moje oczy i sięgam aby go odgarnąć, ale jego palce mnie ubiegają. Louis staję na palcach, odgarniając mój kosmyk do tyłu. Cofnij się, po prostu się wycofaj. Nasze spojrzenia się krzyżują i robię minimalny krok w przód.
- Urosłeś...- mówi,  posuwając się  w moim kierunku. Nachylam się lekko w jego stronę. - I twoje włosy też...-  z jego ust wypada stłumiony chichot, a ja mogę poczuć jego oddech na swoich ustach.
- Ile masz wzrostu? - pytam, marszcząc brwi. Podnosi zdziwiony brwi, spuszczając wzrok.
- 5'9...- mówi, a ja parskam, kiwając głową.
- Teraz to, Ty robisz za kłamce? - śmieję się cicho, a on przewraca oczami, prychając. Jego policzki napełniają się powietrzem. - Daję Ci co najwyżej 5'7...- mruczę, prawie napierając na jego wargi. Jego malutkie dłonie, lądują na moich biodrach. Powinienem się wycofać, ale tego nie robię. Powinienem być rozsądniejszy po tym wszystkim, ale cholera jasna, nie jestem.  Patrzę w jego oczy, chcąc, coś z nich wyczytać. Louis, prostuję się i kieruję swoje uta na moje, wbijając palce w moje biodra.
- Harry! - odskakuję od niego, jak oparzony, słysząc jak ktoś otwiera drzwi. Zaskoczony leci do tyłu, ale podpiera się blatu. Przenoszę wzrok na Sophie, która raczej na całe szczęście, niczego  nie zauważyła. Przełykam głośno ślinę, klnąc w myślach. Gdyby nie ona...gdyby nie ono...pocałowalibyśmy się. Czuję jak moje policzki płoną i to dosłownie. Jak ja mogłem do tego dopuścić, jak mogłem pozwoli, abyśmy się tak do siebie zbliżyli?! - Musisz mi pomóc, oni się tam zaraz pozabijają! - zdenerwowany głos Sophii, przerywa moje myśli. Patrzę na nią zdezorientowany, a później obracam głowę w stronę okna, skąd dochodzą krzyki i o kurwa, nie jest dobrze.
- Cholera! - wymijam ją, rzucając się w stronę drzwi. Gdzieś za mną zamykają się z trzaskiem, ale nie zwracam na to uwagi.

*****

 -Weź to ode mnie...cholera, to piecze! - warknąłem, kiedy poczułem na swoim policzku, zimny lód. Sophia westchnęła, przyciskając paczkę z lodem do  zaczerwionego miejsca, które niemiłosiernie bolało.
- Zachowujesz się jak dziecko! - mruknęła, biorąc wolną dłonią, mój podbródek i podnosząc go w górę. Zmarszczyła brwi, patrząc na furtkę w której pojawił się Stan. Spuszczam głowę.
- Możesz  się nie ruszać?! - czuję palce, które podnoszą ją znowu w górę. Zamykam oczy, kiedy palcem dotyka, obolałe miejsce.
- Stary, nawet nie wiem jak  mam Cię przepraszać! - patrzę na Stana, a raczej na jego kształt, bo na dworze zrobiło się ciemno i tylko lampka wmontowana w ścianę daję trochę światła na ganek. Wzruszam ramionami, ale zaraz tego żałuję, bo czuję ból w okolicy szyi. Uśmiecham się sztucznie, ale wychodzi z tego grymas bólu.
- Mówiłam, abyś się nie ruszał! - przyciska zdenerwowana, mocniej paczkę do mojego policzka. Syczę z bólu i odchylam się w bok.
- Wiesz co, sam to sobie potrzymam! - fuknąłem, wyrywając z jej dłoni, lód.
- Nie wiem co w niego wstąpiło...- Stan, patrzy zniesmaczony na mój zaczerwieniony policzek i rozciętą wargę. Przykładam do bolącego miejsca zimną paczkę i czuję ulgę. 
- To nie twoja wina, Niall, też  zresztą zawinił...gdzie on w ogóle jest, gdzie Liam? - pytam, przejeżdżając wzrokiem po otoczeniu, ale jedyne co widzę, to ciemność.
- Liam już dawno odleciał i śpi na kanapie, a Niall też dopiero co zasnął... - wzdycha. Z moich ust wylatuję ciche kurwa, ale chyba nie było ono, aż tak ciche, bo dwie pary oczy, lądują na mnie. Spuszczam wzrok, wolną ręką wyjmując telefon z kieszeni.
-Stan, przyniesiesz mi coś do picia? - patrzę na niego, wyczekująco, po czym wystukuję numer na dotykowej klawiaturze.
- Wody? 
- Coś mocniejszego, dzisiaj raczej nigdzie już nie pojedzie...- wstaję, zaciskając szczękę.
- Nie rusza...
- Muszę do łazienki!- mówię, patrząc w oczy Sophii.
- Pomo...
- Dam sobie radę. - przerywam jej, robiąc kilka kroków w przód. Każdy, nawet najmniejszy ruch sprawia mi ból. Wypuszczam z ust powietrze, modląc się o to, aby jutro było lepiej.

*****

- Louis was odwiezie do hotelu...- te pięć słów sprawiło, że siedziałem w tym momencie na przednim siedzeniu, samochodu Louisa i o ironio, bo kiedyś, czyli jakiś czas temu, już sobie obiecałem, że nigdy tu ponownie nie wsiądę. Patrzę na szybę, żałując, że wcześniej wypiłem piwo i zmieszałem to z wódką. Mijamy właśnie jakąś stację paliwową na której zebrała się całkiem pokaźna suma samochodów. 
- Więc, znacie się? - gwałtownie podnoszę głowę, co skutkuję tym, że w tym miejscu czuję piekący ból. Momentalnie przykładam sobie palce do karku, lekko rozmasowują to miejsce.
- Ostrożnie. -kierują wzrok na Louisa, który patrzy na mnie z troską. Odwracam spojrzenie do lusterka, gdzie widzę odbicie Sophii.
-Tak jakby... - mówię tym tonem, który jasno wskazuję, żeby nie ciągnęła tego tematu. Kręci porozumiewawczo głową, a po chwili znowu otwiera usta, ale szybko je zamyka. Niech to się okaże, cholernym snem. Szczypię się palcami w rękę, ale po chwili przestaję, gdy nic to nie daję. Spokojnie. Przecież do niczego nie doszło. Pewnie to ostatni raz, kiedy go widzę. Och, gówno prawda. Zamykam oczy i liczę do dziecięciu. Zgęstniała atmosfera daję o sobie znać, wisząc w powietrzu. Cóż. Czasy, kiedy mogliśmy sobie pomilczeć bez żadnych niekomfortowych myśli, już dawno minęły.
- To tutaj! - Louis, wjeżdża na posesję, małego pensjonatu. Kiedy tylko się zatrzymuję, wysiadam z auta, nie zważając na jakikolwiek ból. Otwieram tylne drzwiczki Sophii, która patrzy na mnie wdzięcznie.
- Umm dzięki...- kiwam głową w stronę Tomlinson'a, który stoi, koło swoich drzwi.
- Tak dziękujemy, jesteśmy naprawdę wdzięczni. - Sophia, staję koło mnie, chowając ręce do kieszeni bluzy, Liam'a, którą zabrała mu przed wyjazdem. 
- Nie ma sprawy - odrzeka uśmiechając się delikatnie. Poprawia swoje włosy, patrząc w moje oczy.
- To..my już ten...- wskazałem palcem na drzwi, a on skinął głową.
- Jeszcze raz dzięki i cześć...- usłyszałem stłumiony głos Sophii,  bo już dawno kroczyłem do głównych drzwi. Zatrzymały mnie słowa, które odbiły się echem po pustym parkingu.
- Miło było Cię znowu zobaczyć, Harry! - obracam się, przez chwilę myśląc, że zrobił to specjalnie. Spodziewałem się tego, że jak się obrócę, ujrzę jak uśmiecha się z irytacją, a w oczach zobaczę, coś co mówi nadal Ci na mnie zależy, huh, ale zamiast tego, widzę szczerość, a zarazem smutek w jego oczach. Patrzę przez chwilę na Sophie, która wymija mnie z cichym pójdę nas zarejestrować. Przez chwilę, patrzę na gwiazdy, przypominając, sobie naszą ostatnią randkę i to jest błędem. 
- Mam nadzieję, że dotrzymasz obietnicy spod kawiarni. Z tym, ż...- kiwa głową, najwyraźniej rozumiejąc. Czuję się tak, jakbym się z nim żegnał. Może to, jest to, pożegnanie, którego nie mieliśmy.
- Uważaj na siebie, co? - mrużę oczy, parskając. 
- Tak, jak widzisz kłopoty się mnie trzymają. Twój kolega, byłby dobrym bokserem. - kiwam rozbawiony głową, ale on tylko obraca wzrok. Światło latarni idealnie go oświetla, dzięki czemu widzę, jak zaciska wargi w wąską linie, po czym rozchyla usta.
- Nie jest moim kolegą, szczerzę mówiąc nie znam go...- cmoka, chowając dłonie do kieszeni spodni.
- Ohh - wyrywa mi się, spuszczam głowę.
- Powinieneś pojechać z tym do lekarza.- podnoszę głowę. Czuję lekki ból, ale nie zwracam na tu uwagi.
- To nic takiego...- drapię się po karku. Następuję cisza. Cisza, która boli, bo oznacza, że czas się żegnać. Ale tego właśnie chce, tak? Chce nigdy więcej go nie spotkać.
- Myślę, że powinieneś już jechać, robi się zimno...- zagryzam policzek od środka. Patrzę na Louisa i dopada mnie brutalna rzeczywistość. Nic nas już nie łączyło, jedynie odłamki wspomnień, których tak bardzo, starałem się przez te półtora roku, pozbyć.
- Tak...tak - wyraz jego wyraz twarzy pozostaję obojętny, ale oczy zdradzają wszystko. A może to tylko ja, tak to sobie wyobrażam. Otwiera drzwiczki, a nasze spojrzenia się znowu krzyżują. - Przepraszam...- mówi, a ja spuszczam wzrok. Chce obrócić się na pięcie i po prostu odejść, ale coś mnie zatrzymuję.
- Louis? - podnosi wzrok. - Twoje szczęście nadal na Ciebie czeka, po prostu jesteś w błędzie. Szukasz, tam gdzie nie powinieneś...- uśmiecham się i po prostu odchodzę, słysząc za sobą jego szept, który składa się w moje imię. Nie wiem czy zrobiłem dobrze, jeśli się domyślił, wie, że wszystko słyszałem, jeśli nie, lepiej dla mnie.

*****

Zaplatam włosy w luźnego koka, kiedy słyszę pukanie do drzwi. Mówię ciche chwila, naciągając na siebie, w miarę szybko o ile pozwala mi na to ból, który powoli mija, spodnie. Podchodzę do drzwi, od zabezpieczając je, po czym lekko je uchylam. Zasysam powietrze widząc w nich Louisa, który nerwowo rusza palcami.
- Nie...- mówi,a ja podnoszę brwi nie rozumiejąc co oznacza jego wypowiedź. Stoję, trzymając lekko klamkę. Jego grzywka, wystaję spod kaptura. Patrzy w moje oczy.- Nie jestem w błędzie... - rusza w moim kierunku i jeśli chciałbym, zdążyłbym zatrzasnąć drzwi przed jego nosem, ale nie chciałem. Zatrzasnął za sobą drzwi, podchodząc do mnie, stanął na palcach i naparł swoimi ustami na moje, łapiąc mnie biodrach, jak najdelikatniej umiał. Mogłem go odepchnąć, ale nie chciałem.  Pocałunek nie jest delikatny, jest namiętny i spragniony. Tak, jakby nasze usta nadrabiały to, co straciliśmy przez ostatnie półtora roku. Tracę nad sobą kontrolę i nie myśląc racjonalnie, przyciskam go do drzwi. Odrywam się od jego ust i sunę nosem wzdłuż jego policzka, jakby upewniając się, czy jest prawdziwy. Nasze policzki w końcu się stykają i to jest to.  Moje dłonie, łapią go lekko w biodrach. Zamykam oczy, słysząc jego oddech, który powoli zaczyna się umiarkować Czuję jak coś mokrego, znaczy mój policzek i odrywam nasze twarze od siebie, patrząc w lazurowe oczy z których spływały łzy.
- Przepraszam...tak, bardzo przepraszam..sp...spieprzyłem...spieprzy...łem...wszystko - szlocha.Uciszam go przyciskając do klatki piersiowej. Wdycham zapach jego włosów. Uśmiecham się czując ten sam zapach, jak wtedy. Zamykam oczy, kiedy jego palce zaciskają się kurczowo na materiale mojej  koszuli. Wtulam twarz, bardziej w jego włosy- Tęsk..tęskniłem...- przełykam głośno ślinę, coś sobie uświadamiając. 
- Ja też...- nie myślałem o niczym. O niczym innym, jak to, że trzymam w swoich objęciach, kogośna kim nigdy nie przestało mi zależeć. 

~*~

No to się porobiło! I to konkretnie. UWAGA! Radzę się nie nastawiać na to, że będzie kolorowo, bo nie będzie. (Tak, owszem, jestem wredna) Co do rozdziału? Co sądzicie? Podobał wam się? Jestem z siebie dumna, bo dodałam ten rozdział tak prędko i yeah, oby tak dalej! Pisałam już, że was kocham? Wiem, że pisałam, ale piszę to jeszcze raz KOCHAM WAS. To dzięki wam to opowiadanie dalej istnieję i huh bardzo się  cieszę z tego, że moja amatorszczyzna się wam podoba. Oficjalnie zaczęłam od dziś wakacje! A wy macie  już jakieś plany? Także, dobra nie wiem co napisać, to dziękuję za wszystko, przepraszam za błędy i  do następnego.

Ps. Kocham was xx